World Top Up Scanner - Saucetone, czyli talent i gitara slide w rolach głównych
marca 16th, 2008 napisał(a) m.szabatowski
Dobrze jest czasem wziąć się w garść i wykonać kompleksowy przegląd zalegających na ‘twardzielu’ płyt, których to, z wielu możliwych powodów, nie dane nam było posłuchać nawet przez sekundę. W czasach klęski muzycznego urodzaju, gdzie tworzyć może teoretycznie prawie każdy, a co gorsza my, jako szczęśliwi reprezentanci kultury zachodu mamy do tej twórczości wręcz nieograniczony dostęp, zdanie się na przypadek bywa czasem zbawienne i niezwykle wygodne. Dziś po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałem stawać przez wyborem typu: który folder kliknąć, lub ewentualnie do której półki podejść. Ot, i dylemat konsmumpcjonisty XXI w.
Ale do rzeczy… Porządkując folder o nazwie Loophole natrafiłem na kilka znajomo wyglądających tytułów. Wśród kilkunastu pozycji tej południowoafrykańskiej oficyny odnajduję nagle znajome memu oku nazwy. Jest tu i znany obecnie ze współpracy ze Sweet Noise kwartet Lark, tuż obok nieokiełznany biały mc - Watkin Tudor Jones, mieniący się tytułem “niezniszczalnego pop terrrorysty” (sic! cokolwiek to oznacza), a pod literą “D” kryje się Die Menere - jedyny znany mi, do tego świetnie grający, skład nagrywający w języku afrikaans. Nie one jednak, o czym za chwilę mam się przekonać, stanowić będą główny punkt popołudniowego “empeczy” repertuaru. Bliżej nieokreśloną ilość pikseli w dół dostrzegam żółtą ikonkę z podpisem Saucetone. Tym razem powstrzymam się od szperania w sieci. Niech mi gra w pełni incognoto, a co!
Mych uszu dobiegają dźwięki dziwnie znajomego instrumentu, którego brzmienie przywołuje wyłącznie kiczowate skojarzenia - a to hollywodzkiej wizji hawajskiej plaży z Jamesem Bondem na pierwszym planie i kolejną na wpół roznegliżowaną panną ze wzrokiem wlepionym w kultowego agenta, a to znów z muzyką country i jej wieloletnim polskim przyczółkiem - mrągowskim piknikiem. Na całe szczęście to tylko pierwsze i bardzo pobieżne skojarzenia, a ja z minuty na minutę nabieram co raz większego szacunku nie tyle do instrumentu, co do warsztatu samego artysty. No dobra, czas poszperać za faktami.
Tak oto, zupełnym przypadkiem, bohaterami mojego dzisiejszego tekstu o tym mocno przydługawym wstępie są Południowoafrykańczyk Richard Bruyns i jego hawajska gitara, której angielska nazwa ‘lap steel’ wiele mówi nie tylko o samej technice gry ale także materiale, z którego wykonany jest nieodzowny element wspomagający grę na niej.
Po pierwsze gra na tym instrumencie to zabawa dla tych, którzy wolą trzymać gitarę płasko ułożoną na kolanach, w pozycji horyzontalnej, ze strunami zwróconymi ku twarzy. Po drugie, nie ma tu miejsca dla klasycznego dociskania strun do powierzchni progów. Do tego, między innymi Bruynsowi, służy zakładany na jeden z palców metalowy bądź szklany suwak (slide), którego przesuwanie wzdłuż struny doprowadza do przieciągającego się w nieskończoność, niezwykle śpiewnego/doprowadzającego niektórych do szału (właściwe skreślić) tonu glissando.
Z racji swoich hawajskich korzeni, rodzaj tej gitary szybko przyjął się wśród amerykańskich bluesmanów i muzyków country tworzących w latach powojennych ubiegłego stulecia. W historii muzyki rozrywkowej grę na tym instrumencie praktykowało też wiele sław, by wymienić tylko tych najznamienitszych, takich jak David Gilmour, Ben Harper czy John Paul Jones.
Wrócmy jednak do ukrywającego się pod pseudonimem Saucetone Richarda Bruynsa i płyty o tym samym tytule. Na całość albumu składa się 11 w pełni instrumentalnych kompozycji, muzycznie oscylujących między tradycyjną hawajskim folkiem, akustycznym bluesem, a odrobiną lounge’owych brzmień. Ku mojej radości, w przypadku dwóch pierwszych z wymienionych gatunków, akcenty rozkładają się na korzyść bluesa. Przyznam, że mimo znacznie przychylniejszego , po przesłuchaniu tego albumu, podejścia do brzmienia “kolanno-stalowej” gitary, nadal nieznośne wydają mi się te słodko brzmiące hawajskie glissanda. Na szczęście jest ich na tym krążku tylko dwa - w “Aloha oe” i “He aloha noa Honolulu“.
Dużo ciekawiej i dynamicznie brzmią naznaczone afrykańską rytmiką “Toe” i “Paper Cut“. Doskonale wypada też duet Bruynsa z Antonio Orrico w kompozycji “Old On“, gdzie udział ‘hawajki’ sprowadza się do delikatnych plumknięć, zaś prawdziwym magnesem jest przepiękna gra na tradycyjnej gitarze akustycznej. Warto w tym momencie dodać, że za brzmienie albumu Saucetone odpowiadali obaj panowie, stąd też w różnych kontekstach projekt nazywany jest zamiennie duetem, lub też autorskim debiutem Bruynsa.
Są na tej płycie dwie mocno wyróżniające się kompozycje, które nijak nie chcą uciec z mojej playlisty “plejt mołst ofen”. To genialnie na basie zagrany “Baytar“, przypominający najlepsze kompozycje nieżyjącego już ’slajdbasisty’ i lidera Morphine - Marka Sandmana oraz jedyny numer, który zasługuje na ujęcie go w kategorii “lounge” - niesamowicie klimatyczny “Sunset“, który nie tylko ze względu na swoją nazwę powinien moim zdaniem zamykać całą stawkę (czyni to niestety jeden z tych nieszczęsnych hawajskich numerów).
Tak, czy owak, płyta to warta odsłuchu i dorzucenia na półkę. Nie wiem jak jest z jej wersją pudełkową, ale pliki mp3, ku mojemu nieudawanemu zaskoczeniu, można znaleźć nawet w jednym z naszych rodzimych sieciowych sklepów muzycznych. A tak na marginesie, to warto czasem uprzątnąć ‘twardziela’…:)
Maciek Szabatowski
Posłuchaj: Saucetone - “Sunset” [z albumu “Saucetone”, Loophole 2005]
WCIĄGNIJ ALBUM DO SWOJEJ KOLEKCJI
WordPress database error: [Table './nadaje5/wp_comments' is marked as crashed and should be repaired]
SELECT * FROM wp_comments WHERE comment_post_ID = '212' AND comment_approved = '1' ORDER BY comment_date





