World Top Up Scanner: Son De La Frontera
października 10th, 2008 napisał(a) a.franas
Już w samej nazwie zespołu mieści się ich muzyczna perspektywa: Son – niemalże narodowa wizytówka muzyczna Kuby, którą świat poznał dzięki bezprecedensowej karierze wendersowskiego filmu Buena Vista…, oraz ten przywołujący zawirowania hiszpańskiej rekonkwisty przymiotnik „de la frontera”, czyli „przygraniczny”, charakteryzujący miasta czy miejscowości odbite z rąk muzułmanów i stojące na straży nowo wytyczonych granic katolickiego imperium iberyjskiego.
Son de la Frontera pochodzą z Morón de la Frontera, małego miasta pod Sewillą, które w XX wieku zostało naznaczone przynajmniej dwoma równoległymi wydarzeniami: stacjonowaniem amerykańskich wojsk NATO na mocy porozumień z zaprzyjaźnionym w zimnej wojnie hiszpańskim dyktatorem Franco a USA oraz twórczością legendarnego gitarzysty flamenco Diego del Gastora. Oba wydarzenia, jak opowiada szef muzyczny zespołu, Raúl Rodríguez, miały niezwykły wpływ na zachęcenie chłopców do grania: wszędzie tam, gdzie w dyktatorskiej rzeczywistości pojawiły się zalążki nieskrępowania i luzu, powstały ciekawe dźwięki: żołnierze NATO w latach pięćdziesiątych przywozili ze sobą jazz, bluesa, rock and rolla, lokalni muzycy flamenco chcąc nie chcąc podchwytywali nowe rytmy i tak rodziła się nowa era w muzyce Andaluzji, dla której nowoczesne wyzwanie z Ameryki ostatecznie skończyło się wielkim pozytywnym przewrotem i odświeżeniem (patrz Camarón de la Isla i oczywiście Paco de Lucía).
Diego Del Gastor - Bulerias
Diego del Gastor inaczej grał na gitarze, a Son de la Frontera, w trzydzieści lat po jego śmierci, postanowił nie dać o tym zapomnieć. Del Gastor, kontrowersyjny artysta, skłonny do hazardu Cygan, ale i niezłomny wojownik o prawa swojej społeczności, nie lubił się ścigać w graniu, jak jego krewni, znajomi i zresztą wielu Cyganów świata tego. Sztuczki, akrobatyka i wirtuozeria nie wciągały go tak, jak granie „duszą”, namysł nad dźwiękiem, echo inności. Raúl, syn gwiazdy jeszcze innego świata w hiszpańskiej muzyce – Martirio – zabrał się za jego muzykę wiedziony intuicją, że taka będzie właśnie przyszłość flamenco, jaką del Gastor całym swoim skromnym, wiejskim życiem ucieleśniał. Początkowy zryw „etnografii ratującej” od zapomnienia del Gastora u Rodrigueza nieoczekiwanie został wzbogacony o doświadczenia matki, która, będąc popularną w świecie szansonistką, ze swoimi bolerami wędrowała po świecie i zawędrowała na wyspę, z którą Andaluzja od samych początków ma szczególną relację.
Mowa o Kubie, która była celem, ale i obowiązkowym przystankiem dla większości statków wypływających z pobliskiego Moronowi Kadyksu do krain Nowego Świata, od czasów Kolumba aż po odzyskanie przez wyspę niepodległości na początku XX wieku. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że związki muzyczne łączące Andaluzję z Kubą są, wbrew piewcom oryginalności i autonomiczności artystycznej obu regionów, potężne, a analogie między son cubano a flamenco oczywiste, nie wspominając już o wspólnych cechach mieszkańców obu krain. Kiedy Martirio śpiewała u boku Compay Segundo, jej syn zafascynował się instrumentem, na którym przygrywał sobie kubański muzyk i tak Rodríguez zamienił klasyczną hiszpańską gitarę na tres (ta sama rodzina, choć inny dźwięk i inna struktura instrumentu), a pomysł na Son de la Frontera pojawił się niejako naturalnie. Muzyka podbudowana ciągłym poszukiwaniem, czy to mitycznego „źródła”, czy sensu, czy analogii już nie będzie taka sama, jak zwykłe granie dla grania, czy dla lokalnego splendoru.
Martirio y Compay Segundo - Es mejor vivir asi
Tak więc chłopcy z granicy tworzą muzykę, która wymykałaby się jakoś tej sztucznej granicy, na której żyją, jak sami podkreślają: “Staramy się myśleć, jak brzmiałaby ta granica, o milimetr przed flamenco i milimetr za nim”. Zespół tworzą Raúl Rodríguez (tres), Paco de Amparo (gitara), Pepe Torres (taniec, rytm, śpiew) oraz Manuel Flores i Moi de Morón (śpiew, rytm). Z tak dużym składem, pełnym krzepkich chłopców (na dodatek większość z nich to krewniacy wielkiego Diego del Gastora!) nietrudno się domyśleć, że brzmienie „graniczne” ma sporą moc. Niedowiarkowie mogą przekonać się o tym na drugiej, ostatniej płycie zespołu z 2006 zatytułowanej “Cal” (wapno) , o której sami muzycy mówią, że jest ilustracją dźwięków z Morón - „białych, silnych, zmarginalizowanych i przygranicznych”… W istocie, płyta będąca wycieczką w kierunku historii nie tylko muzyki, (motyw wapna przyszedł do głowy muzykom, kiedy uświadomili sobie, że Morón był w XVII wieku największym producentem tego materiału, któremu miasteczka andaluzyjskie zawdzięczają swoja niepowtarzalną urodę), choć opalona flamenco, niczym Andaluzyjczycy słońcem, w warstwie melodycznej wychodzi poza uświęcone „palos”.
Tres dodaje pogłosu drugiej gitarze, co pozwala na skupienie się bardziej na strukturze harmonicznej utworów, niż na obłędnej wirtuozerii. Z kolei przy mocnych kawałkach, takich jak “Bulería de la cal“, znany rytm bulerii nie wydaje się już tak znany, kiedy zmieni się instrumentarium. I to jest chyba największą zasługą zespołu, że zdołał odświeżyć popularne brzmienie dzięki wycieczkom, na które inni nie zawsze mają odwagę. Warto jeszcze dodać, że wspaniale zachrypnięty głos Moi de Morón i jego mocno skupiona na śpiewie osobowość wydają się czarnym koniem zespołu, który zajęty bardziej poszukiwaniami kompozycyjnymi i instrumentalnymi, zaniedbał trochę część wokalną, ale na to pewnie przyjdzie czas przy następnych płytach. Zespół zaprezentował właśnie swoje najnowsze dokonanie “Como son, son” na XV Bienale Flamenco w Sewilli i lada chwila album ujrzy światło dzienne.
Son de la Frontera - Cambiaron los tiempos
O Son de la Frontera zrobiło się oczywiście głośno za sprawą BBC World Music Award przyznanej zespołowi jako najlepsza grupa z Europy, ale warto wspomnieć, że zespół został doceniony już wcześniej w Hiszpanii najwyższymi honorami, takimi jak Premio Flamenco Hoy 2006 za najlepszą płytę flamenco, czy nominacją do Grammy Latino w 2007 w kategorii najlepszy zespół flamenco. Koncertowali po całym świecie – w Nowym Jorku, Londynie, Holandii, Francji, zagrali także całą trasę koncertową z Martirio po Meksyku, wzięli udział w hiszpańskim hołdzie dla Leonarda Cohena i w wielu innych wydarzeniach. W wersji koncertowej Son de la Frontera jest wspaniały, potężny, energiczny i – dodajmy – dlatego bardziej „strawny” dla nieprzyzwyczajonej do prawdziwego flamenco publiczności, co miałam okazję zaobserwować na Hay Festival w Wielkiej Brytanii. Mimo, że rytmy te same, to brzmienie silnego gitarowo-tresowego zespołu, plus charyzmatyczny Manolo Flores na „oklaskach” i „olé” oraz Pepe Torres – śniady i elegancki tancerz, otwierają inne, niż tylko andaluzyjskie skojarzenia. Może afrykańskie, a może właśnie kubańskie?
Światowe sceny muzyczne otworzyły się przed nimi, tym niemniej “chicos” z Morón dalej mieszkają w swoim małym miasteczku, dalej pędzą nieśpieszne życie w otoczeniu muzyki i wapiennej bieli miasta, przygotowując następną płytę. I choć spoczywa na nich teraz wielkie wyzwanie: jak utrzymać wielkość muzyki, szukając innych, niż tylko inspiracje sztuką Diego del Gastor, wygląda na to, że światowy sukces może nieco „przybrudzić” tę biel muzyczną Son de la Frontera, co pewnie wyjdzie im tylko na dobre.
Tekst: Amelia Franas
WordPress database error: [Table './nadaje5/wp_comments' is marked as crashed and should be repaired]
SELECT * FROM wp_comments WHERE comment_post_ID = '358' AND comment_approved = '1' ORDER BY comment_date





