Sa Ding Ding
września 25th, 2008 napisał(a)m.szabatowski
Nazywa siebie Chinką, choć jej korzenie sięgają graniczącej z Chinami Mongolii. Śpiewa w wielu językach, w tym w sanskrycie, tybetańskim, mandaryńskim oraz wymyślonej przez siebie mowie, której celem jest budowanie emocji w kompozycjach, których nie rzadko sama jest autorką. Oprócz niewątpliwie silnego wokalu, Sa Ding Ding opanowała grę na instrumentach tradycyjnych: chińskiej odmianie cytry zwanej guzengh oraz znanym z kultury koczowniczej Mongolii matoqinie (w języku chińskim “ma” znaczy “koń”, “tou” znaczy “głowa” i “qin” to tyle samo, co “skrzypce”).
Zanim trafiła do stolicy Chin, w którym rozpoczęła studiowanie filozofii oraz muzyki w Głównym Konserwatorium w Pekinie, połowę dzieciństwa spędziła u boku swojej babki na mongolskiej prowincji. To tam, jak podają źródła, wchłonęła zamiłowanie do muzyki. Swój debiutancki album wydała będąc jeszcze 18 latką, lecz jej szybka kariera w mediach światowych rozpoczęła się wraz z wydaniem wspomnianej we wstępie płyty “Alive”. To właśnie ten, wyprodukowany przez Sa Ding Ding do spółki z profesorem He Xuntianem (nota bene zapalonym miłośnikiem i kolekcjonerem muzyki tybetańskiej), album pozwolił
jej na zdobycie tytułu zwycięzcy podczas tegorocznej gali BBC Radio 3 Award for World Music.
To co uderza przy pierwszym zetknięciu z “Alive” to niesamowicie nowoczesne brzmienie albumu. Bliżej tej muzyce do życia i pulsu wielkich metropolii, zaciemnionych klubów z sączącą się w tle leniwie muzyką spod znaku ‘lounge’. Proporcje zostają jednak zachowane i dzięki pięknie wplecionemu tradycyjnemu instrumentarium, wsamplowanym fragmentom mantr no i przede wszystkim śpiewowi samej artystki, album ten nie poddaje się łatwym klasyfikacjom. Drugie spostrzeżenie, które się nasuwa to niezwykle krótki czas, jakim Sa Ding Ding pozwala się sobą cieszyć. Zestaw składa się ledwie z 10 kompozycji zamykających się w niespełna 45 minutach. Do tego dwie z nich - tytułowe “Alive” oraz “Holy Incense” - pojawają się na krążku dwukrotnie, w wersjach chińskiej i tybetańskiej. Dla przeciętnego laika, nie mającego żadnego kontaktu z oboma językami, brzmią one po prostu identycznie.
Stawkę otwiera “Mama Tian Na“, muzyczna opowieść, która od samego początku uderza epicką wręcz aranżacją. Od samego początku siłę tego albumu wydają się stanowić drobne smaczki a to w postaci fragmentów ze śpiewem gardłowym a to głębokiego brzmienia bębnów. Po blisku pięciu minutach słyszymy utwór, którego główny motyw do złudzenia przypomina kompozycję nota bene bardzo z etykietą “world music” kojarzonego, a wręcz ojcem chrzestnym tej pojemnej kategorii muzycznej nazywanego - Petera Gabriela. Mam tu na myśli pochodzący z jego albumu “Us” kawałek “Diggin in the dirt“. To kandydat na singiel, który z powodzeniem mógłby promować całość materiału…No tak, tylko na falach której z polskich stacji? i proszę wybaczyć mi to naiwne pytanie retoryczne.
Nastrojowe, ambientowe wręcz “Święte kadzidło” (”Holy Incense“) wyśpiewane w duecie z Huo Yonggangiem przy akompaniamencie bambusowego fletu rozpoczyna najciekawszy kwadrans na całym krążku. Maniera śpiewania, ekspresja Sa Ding Ding przywodzi tu na myśl mieszkankę innego azjatyckiego kraju, który pod władaniem chińskim przebywał przez blisko tysiąc lat - Wietnamkę Huong Thanh.
Pulsowanie staje się co raz wyraźniejsze, gdy na ekranie odtwarzacza pojawia się “Oldster by Xilin River“. Artystka śpiewa tu frazy w przez siebie stworzonym języku i choć momentami aż nadto całość kojarzy się z dokonaniami panów Erica Mouqueta i Michela Sancheza z formacji Deep Forest, to słucha się tego z nieukrywaną rozkoszą.
Utwór z numerem 5 z muzyką tradycyjną ma chyba najmniej wspólnego. “Tuo Luo Ni” to bardzo leniwie rozpoczynająca się pieśn, która po mniej więcej półtorej minuty przeradza się w zgrzebnie skomponowany “dance anthem”.
Potem jest już nieco gorzej. Zupełnie nie przekonał mnie nudny i nijaki “Lago Lago” , przy którym po raz pierwszy poczułem znużenie. Sytuację ratuje nieco jego sąsiad “Flickering With Blossoms“. To numer, który na spokojnie mógłby zagrzać miejsce na kolejnej składance RAM Cafe. Piszę to nie bez powodu, bowiem Sa Ding Ding znalazła się niedawno w orbicie zainteresowań redaktorów tej wrocławskiej stacji, która jako jedna z pierwszych odważyła się w Polsce grać wysmakowaną muzykę lounge, jazz i ethno przez całą dobę (polecam szczególnie rozmowę redaktora Michała Sierleckiego z urodziwą Sa Ding Ding).
Album wieńczą wspomniane już chińskie, siostrzane wersje “Alive” i “Holy Incense“, a płyta przestaje się obracać po wybrzmieniu ostatnich dźwięków niezwykle oszczędnej i wyróżniającej się pod tym względem na tle wszystkich pozostałych kompozycji kołysanki “Qin Shang“. I pomimo, iż to wychuchane i wycackane dziełko momentami udanie uwodzi a w Chinach ponoć sprzedało się w wielomilionowym nakładzie, nie jest to moim zdaniem wystarczający powód do przyznania Sa Ding Ding nagrody Radia BBC 3.
Nominowany w tej samej kategorii geograficznej pakistański śpiewak Faiz Al Faiz, w elektryzujący sposób eksperymentujący z muzyką qawwali i flamenco na pewno przegrał na polu urody. Nie wiadomo też, czy ktoś zdecydowałby się wydać album muzyka, który zdecydowanie bardziej tkwi w tradycji. Propozycja Sa Ding Ding na pewno dużo bliższa pod względem aranżacyjnym jest europejskiemu uchu. Nie narzekajmy jednak zbytnio. “Alive” to w gruncie rzeczy przyzwoity album, który bez wyrzutów sumienia można ustawić na półce przy zbiorze Waszych najlepsiejszych “Buddha Barów”.
[masz]
WordPress database error: [Table './nadaje5/wp_comments' is marked as crashed and should be repaired]
SELECT * FROM wp_comments WHERE comment_post_ID = '332' AND comment_approved = '1' ORDER BY comment_date





